Mieszkaniówka hamuje. Kryzys czy stabilizacja?

Spowolnienie na rynku staje się faktem. Deweloperzy nie przewidują jednak załamania koniunktury, raczej stabilizację. Planują kolejne inwestycje, a nawet zwiększenie sprzedaży.

Szacuje się, że w ub.r. na rynek trafiło nieco ponad 180 tys. mieszkań. Jeśli te dane się potwierdzą, będzie to wynik lepszy niż w 2017 r. Ale dynamika wzrostu podaży będzie najgorsza od czterech lat.

O tym, że spowolnienie nadchodzi wielkimi krokami, świadczą dane za 11 miesięcy ub.r. Do użytkowania trafiło 163,8 tys. mieszkań. Zaledwie 2,5 proc. więcej niż przed rokiem. Zaledwie - bo w poprzednich latach tempo wzrostu oscylowało przynajmniej w okolicach 10 proc. O końcu mieszkaniowej hossy świadczy też gorsza (przynajmniej o połowę w porównaniu z poprzednimi latami) dynamika, jeśli chodzi o liczbę mieszkań, których budowę rozpoczęto, czy tych, na budowę których wydano pozwolenia.

Deweloperzy tłumaczą, że ze względu na przeciągające się postępowania administracyjne trudno im szybko uzupełnić ofertę. Ma to swoje konsekwencje. - W całym roku prognozowana sprzedaż niższa o ok. 13 proc. O ile I kw. był jeszcze pod tym względem na plusie, to w kolejnych dało się zauważyć odwrócenie tego trendu - podkreśla Jarosław Skoczeń, ekspert Emmerson Realty.

Potwierdzają to dane sprzedażowe pochodzące od deweloperów notowanych na warszawskiej giełdzie. W pierwszych trzech kwartałach ub.r. sprzedali w sumie nieco ponad 19 tys. lokali. To o prawie 9 proc. mniej niż w analogicznym okresie 2017 r. - wynika z analizy portalu RynekPierwotny.pl. W ubiegłym tygodniu Dom Development podał, że przekazał w 2018 r. klientom 3,6 tys. mieszkań, o 200 mniej niż rok wcześniej. Grupa Lokum Deweloper sprzedała 1011 lokali wobec 1052 rok wcześniej, a Vantage Development 824 mieszkania, o 20 proc. mniej niż rok wcześniej.

Jak tłumaczy Jarosław Skoczeń, spadek popytu to konsekwencja wysokich cen. W ostatnim roku mieszkania zdrożały średnio o 10 proc. - Średnio, bo za metr kwadratowy lokalu na warszawskich Bielanach w pobliżu stacji metra trzeba dziś zapłacić 12 tys. zł, podczas gdy w 2017 r. było to 8,5 tys. - dodaje.

Taka sytuacja sprawiła, że przestało być opłacalne kupowanie mieszkań na cele inwestycyjne. A w ostatnim czasie to właśnie „inwestorzy" napędzali popyt. Mniejszy popyt odczuwa już tzw. segment budżetowy, czyli najtańsze mieszkania w mniej atrakcyjnych lokalizacjach, głównie na obrzeżach miast i ze słabą infrastrukturą komunikacyjną. Gdy koszty budowy rosną szybciej niż ceny mieszkań akceptowalne przez klientów, ten segment po prostu zanika.

Więcej informacji: „Mieszkaniówka hamuje. Kryzys czy stabilizacja?"

Autor: Marek Chądzyński, Patrycja Otto

Gazeta Prawna

Polub nas